Nowe dłuto ma zeszlifowaną fazę 25° i płaski spód, przynajmniej w teorii. W praktyce spód bywa lekko wypukły, a faza kończy się szlifem 800, który zostawia rysy głębsze niż grubość wióra. Dłuto w tym stanie tnie drewno wzdłuż włókna i szarpie w poprzek.
Najpierw spód, potem faza
Pierwsze ostrzenie nowego dłuta to nie ostrzenie fazy, tylko wyrównanie spodu. Płaski spód decyduje o tym, czy krawędź tnąca jest linią prostą. Kładzie się dłuto spodem na kamieniu 1000, dociska palcami tuż za krawędzią i pociera wzdłuż kamienia do momentu, w którym rysy pokryją równomiernie pierwsze 20 mm.
Wypolerowanie całego spodu na lustro nie jest potrzebne i zajmuje godziny. Liczy się pas przy krawędzi.
Faza w prowadnicy, jeśli to pierwsze ostrzenia
Kąt 25° trzyma się przez całe ostrzenie albo faza wychodzi zaokrąglona. Prowadnica robi to za rękę: ustawia się wzornikiem, blokuje ostrze i przesuwa po kamieniu ruchem wahadłowym. Na gradacji 1000 pracuje się do momentu, w którym na spodzie pojawi się wyczuwalny zadzior na całej szerokości.
Potem kamień 6000, dwadzieścia przejść, i zdjęcie zadziora jednym ruchem spodu po kamieniu. Ostrze zdolne do golenia włosa na przedramieniu jest gotowe.
Ile to trzyma
Dłuto naostrzone w ten sposób tnie czysto przez mniej więcej dwie godziny pracy w dębie i znacznie dłużej w sośnie. Odświeżenie na kamieniu 6000 zajmuje minutę i można je powtarzać, dopóki faza nie zaokrągli się na tyle, że wraca się do gradacji 1000.